Jedna chwila, w której wszystko się może zmienić.

· Wrzesień 24, 2018

Panuje idealnie wręcz spokojny, normalny dzień. Jestem w środku tłumów ludzi chodzących w różnych kierunkach i w różnych celach. Wszyscy oni są zupełnie nieświadomi tego, że jedna, jedyna chwila może zmienić wszystko… Albo przynajmniej bardzo wiele. I ta właśnie chwila zaraz nadejdzie.

Jestem właśnie w Barcelonie. W przyszłym tygodniu zakończą się wakacje i rozpocznie się nowy rok szkolny. To taki bardzo specyficzny rok, który zaczyna się dla wielu osób we wrześniu i kończy w czerwcu.

Próbuję iść powoli, więc wprowadzam w ten sposób niewielkie zawirowania w strumieniu ludzi podążających w tym samym kierunku. Nie lubię upału powodowanego przez słońce, które wciąż pali o tej porze roku i w tych porach dnia. Dobrze, że są tutaj cienie, choć dość nieliczne. Wygląda na to, że wszyscy ścigają się by do nich dotrzeć, szukając ulgi od palących promieni słońca.

Moja bransoletka, którą noszę jest na mnie trochę duża i luźno lata po moim nadgarstku wraz z każdym krokiem. Przypomina mi to mój ostatni spacer po plaży. Piasek parzył mnie w stopy, a powietrze paradoksalnie wcale nie było aż tak rozgrzane.

Wszyscy ludzie dookoła mają wypisane te same wiadomości na twarzy. Że właśnie opuścili swój dom, hotel, hostel, mieszkanie, a może dom swojego znajomego o parę minut zbyt późno. Chwila w tą, czy chwila w tamtą… Można nadrobić ten czas przyśpieszając po drodze kroku, nieprawdaż?

Ulica w barcelonie

Wygląda na to, że wokół mnie istnieje pełna reprezentacja wszystkich grup i klas społecznych, kolorów skóry, płci i wieku. Ludzie rozpraszają się znikając za witrynami sklepów, wśród kwiatów i ogródków z parasolami. Spacer tą ulicą zapewnia mi co chwilę możliwość mimowolnego uczestniczenia, przynajmniej przez kilka sekund w rozmowach prowadzonych we właściwie każdym języku na świecie dowolnym języku.

Ta ulica wygląda jakby łączyła Hiszpanię z Europą, ale także z obiema Amerykami i tajemniczym Wschodem. Dla Ernesta Hemingwaya była to najpiękniejsza chwila, jaką kiedykolwiek przeżył. I najpiękniejszy obraz ulicy, z cieniami lub bez cieni. I chociaż mogę wręcz namacalnie poczuć miłość unoszącą się w powietrzu i utrzymującą się na wiele różnych sposobów, nagły krzyk przerywa ten spokój, niczym błyskawica przed każdą burzą…

Ta chwila, w której strach zastępuje miłość, a chaos spokój

Jakaś anonimowa furgonetka jedzie z dużą prędkością gdzieś, gdzie nie powinna się była znaleźć. Przemieszcza się bardzo szybko, nagle skracając życia, powodując ból i pozostawiając za sobą ciała na ziemi. Ciała, które nigdy już nie będą stąpać po podobnych ulicach w innych krajach, czy też na innych kontynentach. Ta jedna jedyna chwila wszystko zmienia…

Nagle to, co widzisz na twarzach ludzi, to tylko niedowierzanie, a potem panika. Biegnę, a moja mała dziewczynka, z którą tu jestem budzi się z drzemki. Płacze i krzyczy, bo tak jak wszyscy inni nie wie, co się dzieje. Nie wie, co ją obudziło ze snu. W powietrzu nie ma już więcej oceanu ani soli, ta chwila zamieniła je w tylko krew i strach.

Jedna chwila, która zmieniła wszystko dookoła…

Mocno ściskając wózek, biegnę tak, jakby jutra nie miało już więcej być. „Kto wie, czy będzie tylko ta jedna furgonetka?” To jest jak prawda, która nigdy wcześniej do mnie nie docierała, ponieważ ją świadomie ignorowałam. Teraz już nic innego nie jest ważne, po prostu chcę się tylko stąd wydostać.

Nagle coś we mnie uderza, a ja padam na gorący asfalt i słyszę głuchy dźwięk. Mój wózek toczy się gdzieś dalej i gubi się w tłumie, gdy moje oczy się zamykają. Wszystko, co słyszę w mojej głowie, to dalekie echo ostatnich desperackich krzyków. Miłość spadła na ziemię, ponieważ nikt nie trzymał jej w ręku i rozbiła się na tysiąc kawałków.

Wszystkie pąsowe róże w jednej chwili stają się czarne…

Co mi się stało? Co się dzieje dookoła? Czuję, jak czyjeś ręce mnie przekręcają na plecy. Czuję tępy ból i wręcz hałas przebijający moje ciało. Ciężko jest mi myśleć i skupić się na czymkolwiek. Próbuję otworzyć oczy, ale one mnie nie słuchają. Proszę je usilnie, a potem błagam. Chcę, żeby pozwoliły mi ocalić tę nadzieję, która uciekła z moich rąk w środku tego koszmaru.

Zawodzenie syren uderza w świadomość jak rozpalone do czerwoności żelazo wbijane w skronie. Ból nie wydaje się już być jak z koszmaru, zamiast tego staje się rzeczywisty i wydaje się być całkowicie niewiarygodny.

Ręce wołające o pomoc

Ktoś stara się mnie podnieść, ale nie jest w stanie. Położono mnie zatem na ziemi. A teraz są już dwie osoby, które próbują mi pomóc. Jedna z nich ma przyjemne w dotyku, małe, miękkie dłonie. Natomiast jak przypuszczam, druga osoba zarabia na życie wciągając rękami na pokład łańcuchy kotwiczne.

Próbuję wypowiedzieć słowo “Amaia”, tak jakbym recytowała zaklęcie licząc na to, że ona wróci. Ludzie mnie w międzyczasie podnoszą i gdzieś niosą. Sądzę, że dotarliśmy już do bezpiecznego miejsca, ponieważ przestali mnie ruszać. Teraz ktoś trzyma mnie delikatnie za nadgarstek. Sprawdza mój puls, który jest naprawdę słaby, nawet przy całym tym zamieszaniu wokół mnie. Ta chwila trwa całe wieki.

Ktoś coś mówi, próbują mnie dobudzić. Najwyraźniej czują opór przed uderzeniem mnie w twarz tak, żebym się ocknęła i zapytaniem następnie o moje imię.

Chwila, która pozwoli Ci znów wszystko zobaczyć… gdy całe życie przelatuje Ci przed oczami

Chcę też znowu zobaczyć świat, ponieważ gdzieś tam jest coś znacznie ważniejszego ode mnie. To coś, co dzieje się z Tobą, gdy stajesz się matką. Tego dnia wiesz, że nigdy nie przyjdziesz jako pierwsza i zaczniesz mieć obawy. Długa lista tych, które są tak przerażające, że się nad mini nawet zbytnio nie zastanawiasz. Ale nigdy nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym być jedyną osobą w tym miejscu otoczoną taśmą bezpieczeństwa i policją, gdzie właśnie miała miejsce tragedia. Nigdy bym nie pomyślała, że mogę stracić tak wiele… A to była tylko jedna krótka chwila…

Otwieram oczy i ból staje się wręcz nieznośny. Jego źródłem jest moje ramię, ale także moje biodro, plecy i prawa noga. Próbuję złapać oddech. W końcu mi się udaje. Jedyne, co jestem w stanie zrobić, to wypowiedzieć słowo ”Amaia”. To moja jedna odpowiedź na każde pytanie tego świata. Jedyna odpowiedź, jaką mam teraz na pytanie o moje imię. Nie pamiętam teraz już niczego, po prostu szukam jasnoniebieskich i białych kropek, które tak dobrze znam.

Zawsze nienawidziłam wyglądu tego wózka, ale teraz chcę tylko go znów zobaczyć. Zamykam oczy i otwieram ponownie chcąc się upewnić, że dobrze widzę. Tak. Stoi tam, parę kroków dalej. Wskazuję go, ktoś biegnie i doprowadza go w moją stronę. Jedno z kół wózka odpadło, więc stoi on mocno przekrzywiony na jedną stronę.

Amaia. Gdzie jest Amaia?

Amaia. Nadałam jej to imię, ponieważ widziałam w niej tę samą świeżość i życie, co w baskijskim krajobrazie. Zielone, intensywne, deszczowe i tajemnicze. Nie słucham niczego, tylko skanuję otoczenie oczami. Każdy dźwięk wydaje się być odległy. Wyciągają moją rękę i dotykam asfaltu, a następnie się odpycham od niego. Ta sama krew wypełniająca moje usta sprawia, że słowa więzną mi w gardle.

Chcę usiąść, a potem słyszę płacz. Jej płacz. Chwila, która powoduje niemożliwe do opisania uczucie ulgi połączone ze strachem. Ten płacz automatycznie oznacza dla mnie pytanie. “Jak mam jej wyjaśnić, co się stało, gdy będzie starsza? Jak mam jej powiedzieć, że ktoś próbował ją zabić, zanim zdążyła popełnić pierwszy błąd w życiu, albo choćby wypowiedzieć jedno słowo?”.

Najpierw jednak pomyślałaby inaczej. Zapewne sądziłaby, że zdołała już teraz zrobiła wiele w życiu… Ale ta chwila mogłaby spowodować, że jej życie zacznie wydawać się jej tak małe i nieistotne w porównaniu z tym, co mogła stracić w mgnieniu oka. Te oczy, które teraz mogła zamknąć w pokoju.

Amaia…